Posts Tagged ‘Magdalena Gryckiewicz’

Codzienność.

niedziela, Luty 2nd, 2014

Jak sami Państwo pewnie zauważyliście, ostatnimi czasy lubię się dzielić z Wami odrobiną mojej prywatności. Trochę pozwalam sobie na wprowadzanie Was do mojego życia nie tyle pod drzwi frontowe, co do mojego mieszkania…

Możecie mi wierzyć lub też nie, ale całe moje życie jest nieustającą przygodą. Odkąd tylko sięgnę pamięcią, spotykają mnie dziwne, niespodziewane wydarzenia, które w oczach innych osób są czymś wręcz niewiarygodnym. To samo tyczy się pracy zawodowej – każdy dzień pracy przynosi prawdziwe nie tylko wyzwania, zagadki do rozwiązania dla których żyję… co też jednak zaskakujące historie, ciekawych ludzi, niesamowite sytuacje.

Mój każdy dzień to wyzwanie, również zdrowotne. Jeszcze rok-dwa lata temu mogłam powiedzieć, że żyję po to, aby przeżyć, chociaż nie ukrywam, że podczas mojej ciężkiej choroby to właśnie Wy, a przede wszystkim pomoc na którą czekaliście, dosłownie „napędzała” mnie życiowo, kierowała każdym moim dniem. Każdy dzień był wyzwaniem i to nie uległo przemianie – motywacja się zmieniła, ale nie tylko…

Nie pozwalam sobie na brak szacunku wobec samej siebie. Nie pozwalam siebie męczyć. Kategoryzuję wartości. Trzymam zasad. Patrzę swojego dobra. Nie zajmuję drobiazgami.

Niemożliwe stało się absurdalnie możliwym.

Obecnie jest dużo lepiej i też na te „więcej”, „lepiej”, i normalnie, mogę sobie w końcu pozwolić. Trochę jednak uległy zmianom moje nawyki. Przyznam jednak, że dalej każdy dzień zaczynam kaszą jaglaną, witaminami oraz dobrą jakościowo czarną herbatą… Nie palę papierosów, nie piję żadnego alkoholu. Często natomiast sięgam po kapustę kiszoną, gorzką czekoladę, jabłka. W taki sposób zaczynam oraz spełniam dosłownie każdy swój dzień, chociaż prawdą jest, że on nigdy nie jest cichy, czy nudny.

To nie tyle muzyka, czy hałas w około, co Wasze stałe brzęczące telefony, ale i wiadomości, zapytania, prośby o spotkania. Nie miejcie jednak pretensji do mnie za mój dystans – pisząc nieskromnie, to cecha profesjonalistów.

Mój każdy dzień to też dawka sportu. W różnej formie, do której dochodzą wraz z czasem i ciągłą poprawą zdrowia, coraz to inne aktywności. Oczywiście na miarę czasu, możliwości oraz chęci. Nie znoszę przymusu. Nienawidzę pośpiechu.

Ja sama też lubię Was zaskakiwać. Nie chcę nudzić, czy być dla Was „wujkiem dobrą radą”. Czasem też staram się Was poczęstować… truskawkami, chociaż wiecie, że bywają raz posypane cukrem, a i bywa, że… solą.

To nie tylko stale poszerzająca się oferta mojej pomocy, czy inna forma pracy z Wami, ale też jednak za każdym razem staram się dać Wam trochę „iskierek” – aby rozświetliły Wasze niebo… Brzmi patetycznie, poetycznie, kolokwialnie? Jakie niebo? Zostawię te słowa dla Waszej osobistej refleksji…

Moja codzienność nie jest codzienna i nie pamiętam zupełnie normalnego, zwyczajnego dnia. Nigdy nie przeżyłam „szarego” dnia i nawet nie mam na myśli jakiś ezoterycznych „cudów”, energetycznych psikusów, szaleńczych historii, czy czegoś w tym stylu. To dzięki Wam każdy dzień jest inny. Nie ukrywam jednak, że piszę tych parę słów podyktowana Waszymi słowami – ujmującymi, gorącymi prośbami „o jeszcze”.

Rozmawiając z Wami, czytając Wasze słowa, też nigdy nie czuję tej codzienności, normalności w Was, Waszym życiu. Nie wiem tylko, czy Wy sami tak siebie widzicie, postrzegacie, aczkolwiek jak to ładnie ujął mój kolega reżyser… cud jest każdego dnia. Dodałabym – w każdej chwili.

„Proszę się nie denerwować…”

czwartek, Luty 10th, 2011

Znowu pojawiła się u mnie potrzeba, aby napisać parę słów na temat rozmów i „obcowania” z Klientami. Już na wstępie zaznaczam, że mam stały kontakt z Klientami i stale pojawiają się też nowi Klienci, którzy potrafią się „przyzwoicie” zachować i aż trudno jest się ich w czymkolwiek „uczepić”. Bardzo Wam, drodzy Państwo w imieniu swoim oraz koleżanek/kolegów „po fachu”, dziękuję.

Co mnie skłoniło do napisania tego felietonu? Silna ku temu potrzeba i pogłębiająca się z dnia na dzień świadomość, że najtrudniej jest żyć w zgodzie z samym sobą. Przytoczę jedną z rozmów z Klientką. Owa Klientka już na wstępie, (co dało się „wyczuć”) nie darzyła mnie sympatią. Przychodziła do mnie z problemami finansowymi, w domu i w małżeństwie również jej się nie układało.

Doradzałam jej zatem, pisałam: co według mnie jest trafne i słuszne, i wychodziłam nawet poza „ramy” czasowe oraz koszt usługi. Rozmowa przebiegała w sposób „mizerny”, bez żadnego z jej strony zaangażowania czy chęci ku działaniom, a jej „nerwy” dawały mi o sobie znać coraz częściej. Oczywiście i tradycyjnie: była niezadowolona. Nie powiedziałam tego, co chciała usłyszeć, do czego po zakończeniu rozmowy w końcu się przyznała. Oczekiwała czego innego, czyli: pocieszania, wspierania i informacji stricte i wyłącznie optymistycznych. Ona była osobą nad wyraz „trudną”. Jej firma była w „rozsypce”. Mąż ją i dzieci od lat stale „nękał” i bił, ale oczywiście Klientka „święcie” trzymała się wersji, że to wspaniały i współczujący człowiek, i że mąż się „na dniach” po prostu… nawróci. Powstaje pytanie: po co jej zatem ja i moja pomoc, skoro „wie lepiej”? Nie jednokrotnie mi ręce opadają w takich sytuacjach, tym bardziej, że… uświadamiałam Klientkę, że trzeba sprawę (w najgorszym z wypadków) zgłosić na policję.

Na nic tutaj tak naprawdę, wróżka. Klientka jak się okazało pod koniec rozmowy (jak to często bywa), leczyła się psychiatrycznie. Często „odwiedzała” zakłady psychiatryczne i stale tam powracała. Sugerowałam jej zatem, że nie powinna pomocy szukać u mnie, tylko u specjalistów, co oczywiście (?) kończyło się ciszą z jej strony i totalnym niezrozumieniem i wręcz wściekłością. Przecież to właśnie ja powinnam była rozwiązać jej wszystkie problemy, o czym nie „omieszkała” mi wspomnieć. Była bardzo zawiedzona, a ja raczej zmartwiona faktem, że takie osoby zdarzają się coraz częściej. Służba zdrowia często „zawodzi”. Nie jednokrotnie specjaliści również, jednak na nic moje słowa, że nie jestem osobą wykwalifikowaną w tym kierunku.

Nie jestem i nie uważam siebie za terapeutę czy psychologa. Nie jestem w tym kierunku w żaden sposób „przeszkolona”. Robię co potrafię, co możliwe i na tym się… kończy. Prawie codziennie otrzymuję przeróżne maile i wiadomości od nieznanych mi osób (internet pozwala na „więcej”). Najczęściej są to obraźliwe obelgi, prośby o darmowe wróżby, prośby o „rzucenie czarów”, również względne „pomówienia”. Na szczęście (?), koleżanki i koledzy „po fachu” upewniają mnie w tym, że ich również to dotyczy. Stale jestem również „nękana” przez konkurencję oraz osoby, które wręcz „napastują” mnie abym zrobiła dla nich coś, co nie wchodzi w zakres moich usług.

Stale też wysłuchuję oskarżeń, słów niezadowolenia, bywa, że i… gróźb. Zastanawiam się co by było gdybym, wszem i wobec „okrzykiwała” siebie osobą „wszystkowiedzącą”, jasnowidzem, osobą nieomylną? Byłabym mówiąc po krótce: bezczelna i egocentryczna. Najśmieszniejsze w tym jest to, że nigdy o sobie w ten sposób nie napisałam, nie powiedziałam, a opis mojej osoby, gdziekolwiek by nie zajrzeć, należy chyba do najbardziej szczerych, jakie w ogóle można przeczytać. Pozytywnym akcentem powinnam ten felieton zakończyć, ale mam silną potrzebę, aby napisać o tym właśnie teraz.

Są i Klienci z którymi współpracuję od lat. Są to wspaniałe, bardzo inteligentne i wyrozumiałe osoby, które wiedzą przede wszystkim czym jest zdrowy dystans. Cenię je przede wszystkim nie za„wierność”, ale za to, że potrafią na wszystko spojrzeć w pełni obiektywnie. Nie oczekują „cudów”, siedząc z założonymi rękami. Wiedzą, że wszelkie decyzje wpływają nieustannie na „nurt” naszego życia. Należy również opcję taką, że da się wszystkich „zaspokoić”, odrzucić zdecydowanie. Wszystkich, jak to mówią, to tylko Jezus „wykarmił”… Niejednokrotnie zostałam również wykorzystana. Może niekoniecznie ja, bo się z tym nie identyfikuję, ale moja chęć pomocy, otwartość i ufność w ludzi, która tak naprawdę z roku na rok, jest coraz mniejsza. Kurczy się w zastraszającym tempie.

Wielokrotnie też muszę osoby po drugiej stronie kabla telefonicznego, uspokajać. Jakże często Klienci krzyczą, wrzeszczą i mnie „wyzywają”. Pytanie nasuwa się jedno: jakbyście się Wy, drodzy Czytelnicy, zachowali w takiej sytuacji? Nikogo do niczego przecież nie „przymuszam”, na moje usługi godzicie się przecież w pełni dobrowolnie.

Drodzy Państwo, jeśli faktycznie macie wątpliwości co do jakiegoś wróża czy też wróżki, nie czytajcie i nie sugerujcie się opiniami innych osób, które często są tylko „odwetem” lub „kwikiem”osoby niezrównoważonej psychicznie, tylko po prostu: sami ją „sprawdźcie”. Rzadko jakakolwiek i czyjakolwiek opinia „w nerwach”, czy silnych emocjach, jest w pełni obiektywna. Ile razy również dostawałam wiadomości od osób chcących mnie „sprawdzić”, ale i oczywiście… za darmo i wręcz „charytatywnie”. Gdyby jeszcze w tej prośbie była choć odrobina sympatii, a nie złośliwość lub braku szacunku… Wiele osób się niejednokrotnie „burzy”, że musi za moje usługi płacić. Jestem często bardzo zmęczona tym, że muszę stale podkreślać, że jest to praca jak każda inna. Ciekawa jednak jestem (i tym humorystycznym akcentem kończę ten „czepialski” felieton), czy gdybym przyszła do ich firmy, czy też pracy, wykonaliby mi jakąkolwiek zażyczyłabym sobie usługę… za darmo?