Oceniając w milczeniu…

Styczeń 1st, 2016  / Autor: Wróżka Hanna

Najtrudniej jest zacząć słowami, które miałyby Was zainteresować. Wiem jednak, że jest wiele osób, które czekają na to co napiszę, przeleję na tego bloga – nie powielonego cudzymi cytatami, czy zdjęciami pod którymi mogę się jedynie podpisać, czy je przypomnieć – co raczej jesteście ciekawi po prostu MNIE. Tego kim faktycznie jestem.

Nie mogę Wam napisać jednoznacznie kim, czy lub też czym jestem, w co wierzę, bo stale siebie poznaję. Mogę jedynie przelewać tutaj to, czego się nauczyłam, co się zmieniło, czy też co odkryłam w samej sobie… O wiele łatwiej jest mi powiedzieć lub napisać to, czego nie chcę, nie życzę sobie, czy też jakie wartości uznaję „odkąd pamiętam”.

I tutaj byłabym nudna, bo zawsze ceniłam najbardziej wartości rodzinne oraz duchowe. Te zawsze zawsze przedkładałam nad całą resztę nie stąd, że tak wypada-pod publikę, ale stąd, że temu poświęcam najwięcej czasu, uwagi, a przede wszystkim miłości.

Tak, zdecydowanie da się kochać przedmioty, zjawiska oraz pojęcia. Uważam, że właśnie miłość do tego co nienamacalne ma nie tylko wzniosły wyraz, ale i stanowi o tym, czy, te zjawiska naprawdę są, jaka jest wartość…

Dzisiaj chciałam napisać kilka słów na temat oceniania. Nie jestem ideałem, o czym lubię przypominać stąd, że czasem ktoś potrafi zarzucić mi to czy też skłonności do manipulowania, narcyzmu. Niestety, chcąc nie chcąc, każdy z nas posiada cząstkę wszystkiego. Dobrego jak i złego. Życie jest na tyle długie – bo nie krótkie – właśnie stąd, by móc stale doskonalić siebie, i umieć dojść do tego co potocznie nazywamy „szczęściem”. Stąd też, pozwalam wszystkim na ocenę mnie, kogoś kogo ja sama nie poznałam, pomimo faktu, że znam siebie najdłużej. Proszę bardzo, ale na brak szacunku, „policzek”, często zareaguję w identyczny sposób. Tak, jest to troszkę cząstka ironii w której się „lubuję” od zawsze, ale nie sposób nie napisać, że najwięcej mają do powiedzenia ci, co najmniej wiedzą, czy rozumieją. Poza tym, wybieram ironię, aniżeli bycie po prostu chamskim. Tego ostatniego staram się unikać niczym wroga.

Oceniamy wedle swojego umysłu, czyli tego kim my sami jesteśmy. Nie da rady być obiektywnym, chyba, że poznaliśmy wszelkie szczegóły oraz szczególiki, czy też doszliśmy do takiego poziomu intuicyjnego, że naprawdę wiemy z czym mamy do czynienia. To niewątpliwie bardzo rzadkie zjawisko. Uważam, że istnieje, co jednak nie zmienia faktu, że ocena bywa najczęściej niewspółmierna.

W mojej, tej, pracy bardzo ważna jest odwrotność dezinformacji. Czyli po prostu stałe informowanie, bycie prawdziwym oraz szczerym, gdzie jednak umiejętność empatii wydaje się być czasem najważniejsza. Wychodzę z założenia, że lepiej jest powiedzieć coś, co podlega pod rozsądek, aniżeli coś, czego nie jest się pewnym, a może zbulwersować. Tak, bardzo często wybieram to, co logiczne, a nie to, co jest niepewne w swojej formie „okraszając” owe stwierdzenie odrobiną sympatii, czy żartem.

Aby jednak nie było za filozoficznie, to uważam, że aby móc cokolwiek prawdziwie zrozumieć, potrzeba nie tylko czasu, ale i uświadomienia, że czasem nie pozna się tego do końca. Trzeba wiedzieć kiedy odpuścić, dać sobie spokój, czy po prostu racjonalnie ocenić swoje możliwości. Czasem zdać się na pozytywny przypadek, czy odmianę okoliczności. I to dotyczy głównie tego, co najtrudniejsze w naszym życiu.

W swoim dość krótkim życiu stawiam na jakość nad ilość. Nie oceniam Was takim stwierdzeniem, raczej uważam, że każdy wybiera to, co pasuje do niego. Ładnie to ujął na którymś z wykładów Lama Ole Nydahl (nauczyciel buddyzmu), że nie powinno się spędzać czasu z tymi osobami, z którymi nie mamy ochoty. Krótko i na temat. To nie jest żaden chory egoizm – raczej zdrowy, bo tak naprawdę masochizmem jest katowanie siebie tym, co jest nam niemiłe. Oczywiście, możemy pracować nad sobą, starać się być elastycznym, tolerancyjnym, poświęcać siebie, gdzie w rezultacie najczęściej spotykamy opór, czy gorzej, świadomość, że straciliśmy czas.

Wasze pytania do mnie są coraz częściej właśnie takie: filozoficzne. Zastanawiacie się nad sensem swojego życia, związku, czy wyboru pracy. Zauważam coś pięknego, że coraz częściej odchodzimy od spraw materialnych właśnie stąd, że wraz z ich wzrostem, bliskim zasięgiem, posiadając-rozumiemy, że nie tutaj LEŻY SZCZĘŚCIE. Stąd odwołujemy się do duchowości, psychologii, ezoteryki, stąd, że zaczynamy dostrzegać, iż tutaj odnajdujemy najwięcej „medytacji”, czyli spokoju, oddechu, przystani.

Tak, bardzo łatwo jest oceniać nie znając, ale też my sami jesteśmy wciąż nie odkryci dla samych siebie, stąd pomyślcie, jak ktoś obcy może nas poznać lepiej, aniżeli my sami? Wręcz awykonalne, gdzie jednak te „złote przypadki” muszą mieć wedle „zasady reguły” swoje miejsce.

Ja sama też stale ewoluuję. Lubię narzucać sobie stały ruch oraz zmiany, tak by móc płynąć, tym samym rozwijać się…

Zgodzę się z tym, że oceniać jest łatwo, trudniej zrozumieć, ale bardzo często mówi tak ktoś, kto nie pojmuje, że już właśnie został zrozumiany … Po prostu czasem ma się potrzebę po tym całym „rozgryzieniu” odejść w milczeniu, wybrać milczenie, grzeczność, czy oficjalność. Bo niby najwięcej milczą ci, którzy najwięcej wiedzą? Czy się zgadzam z tymi słowami? Nie, ponieważ wszystko i każdego stale rozważam pod kątem indywiduum. Nie uznaję tzw. ogólników.

Ja? Wybieram rozmowę oraz słowa po to, by móc przekazać to, czego doświadczyłam, co uważam za sensowne, a nie po to, aby „zabić” krytyką. Przy czym wręcz psychopatycznie nie tracę optymizmu oraz wiary. Ot tyle.

Na koniec, w ramach „reklamy” chciałam jeszcze dodać, że pojawiły się u mnie „newsy” w Cenniku. Jest to nie tylko opcja zabiegu energetycznego, ale również oczyszczenia drzewa genealogicznego. Ta ostatnia na prośbę stałej Klientki (dziękuję za sugestię).

Zmieniam się nie tylko dla samej siebie, ale głównie dla zaspokojenia Waszych pragnień oraz potrzeb. Wszystkiego dobrego, moi Drodzy.

My-Żołnierze wyklęci

Lipiec 31st, 2015  / Autor: Wróżka Hanna

Jako, że obiecałam Państwu napisać parę słów o aromaterapii, stąd zacznę od tego właśnie tematu, nawet, jeśli dziwnie zaintrygował Was sam enigmatyczny tytuł tego wpisu, jakby nie pasujący do całej reszty…

Długo czekaliście zanim znalazłam wolną chwilę na to, aby napisać parę słów skierowanych do Was. Pozwoliła mi na to choroba (przeziębienie), którą przyjęłam jako pewnego rodzaju „podarunek”, ponieważ zmusiła mnie do zaniechania, zaprzestania, odpoczynku… jak i do napisania tego właśnie felietonu.

Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że na nasze dobre samopoczucie wpływa multum czynników. Nie można podchodzić do swojego „ja” inaczej, aniżeli holistycznie. Jeśli mowa natomiast o aromaterapii, to jej temat jest jak dla mnie bliski pracy energii. Energii nie widzimy, ale odczuwamy ją jak i jej skutki (np. rytuał).

Tak też jest jest z aromatami.

Aby jednak nie rozwlekać tematu, proszę, zainteresujcie się hydroterapią, a konkretniej śp. ks. Sebastianem Kneipp’em. Do sedna: mam na myśli wodolecznictwo, ale jednak połączone z naturoterapią, co w efekcie daje wyżej wspominaną aromaterapię.

W drogeriach dość trudno o produkty Kneipp’a, ale jako, że wypróbowałam je praktycznie wszystkie, zatwierdzam o ich wielkiej skuteczności. W ofercie istnieją żele pod prysznic, olejki do kąpieli, i właśnie te ostatnie są podstawą nie tylko przyjemnej kąpieli, co kąpieli znoszącej chorobę fizyczną jak i psychiczną… Osobiście jednak optuję za kwestią ciepłych aż po gorące zabiegi.

Jeśli zatem dokucza Wam zdenerwowanie, czy przewlekłe problemy z krążeniem, zainteresujecie się owymi produktami. I to nie jest żadna kryptoreklama, a podsuwanie czegoś, co może okazać się być zbawienne dla Waszego zdrowia. Kochanego zdrowia.

Zapachy naprawdę potrafią ukoić zmysły jak i doprowadzić do równowagi psycho-fizycznej. Zatem cokolwiek Wam dolega, jest nadzieja, że okażą się być pomocne.  Zresztą, ciepło organizmu jest nie tylko życiodajne, ale też jednak świadczy o prawidłowym przepływie energii…

Przechodząc jednak do meritum, czyli samego tytułu, to na wstępie pragnę zapytać Was, czy wiecie kim byli tzw. Żołnierze wyklęci? Jeśli nie, proszę zainteresujecie się tymi, którzy „żyli prawem wilka”, i tak naprawdę obecnie przechodzą swój renesans, jak i wzbudzają ogromne emocje. Taki tytuł obrałam nie tylko z racji połączenia z owym środowiskiem, ale też dlatego, że obecny czas jest wręcz doskonały na refleksje, zadumę.

Aby jednak w skrócie przybliżyć Wam kim byli ci ludzie, posłużę się kilkoma zdaniami. Była to grupa ludzi, która walczyła o niepodległą, wolną Polskę. Mieli zostać przeklęci, zapomniani, gdzie dopuszczano się do czegoś tak bestialskiego jak brak pochówków, a do ich bliskich wysyłano natomiast listy o ich zhańbieniu, judaszeniu, niewierności. Oczywiście wszystko to było w pełni spreparowane, fałszywe, aby móc ukryć ich prawdziwe zasługi, bohaterstwo, czyli przewagę, wygraną.

Temat ten poruszyłam nie bez kozery. W obecnym jakże bardzo napiętym politycznie czasie, coraz częściej celowo i na skalę masową jest wzbudzany strach. A to straszą wojną, a to podwyższeniem podatków, aż po jakieś nowe mutacje dawnych chorób… Może to „słabo ezoteryczny” temat, ale myślę, że w tym felietonie każdy z Was znajdzie coś z siebie jak i dla siebie. Tym bardziej, że obecne czasy skłaniają ku tego typu refleksjom. Rozmyślaniom nad życiem jak i śmiercią.

Nie dajcie się zatem tym manipulacjom, zastraszaniom. Są głównie tylko tym i niczym więcej. Strach wzbudza respekt i trwogę, stąd tak często się nim posługują. Niestety najczęściej skutecznie.

Jak mawiał śp. gen. Ulysses Grant: „Pamiętajcie żołnierzu, wróg boi się nas tak samo jak my jego.” Głowa do góry, jutro znowu wstanie słońce.

Być tu i teraz

Luty 23rd, 2015  / Autor: Wróżka Hanna

Jak to powiedziała niegdyś w filmie o samej sobie prof. Jadwiga Staniszkis, nigdy nie poznamy samego siebie. Tak w pełni i do końca. Do przemyślenia.

Dla mnie każdy dzień naszej egzystencji jest tak naprawdę lekcją naszej niewiedzy, ale też lekcją naszych ułomności. Często też „lękcją”, której się z pasją oddajemy. Takie są moje osobiste refleksje potwierdzane Waszymi zwierzeniami.

Trzeba umieć się przyznać przed samym sobą do tego. Do tego, że nikt z nas nie jest istotą idealną, co jednak może wiele osób burzyć, ale zapewne głównie tych z wielce nadętym, egocentrycznym ego. Błędy są po to właśnie, aby się na nich uczyć, je naprawiać, a przede wszystkim dostrzegać ich prawdziwą postać. To, czym są naprawdę. To, że są błędami.

Szukamy inspiracji w innych, zamiast szukać jej w samym sobie. Lubię do znudzenia powtarzać, że każdy z nas jest nie tylko inny, ale też wyjątkowy. Czas na zastanowienie dla Was: co ostatnio Was zainspirowało lub zaskoczyło?

Ostatnio często oglądam debaty polityczne, filmy dokumentalne, biografie. Przeważają w nich te, w których poruszane są tematy najtrudniejsze. Bywam sentymentalna, ale dalej nie znajduję czasu na przejmowanie się.

Właściwie to moja refleksja po obejrzeniu powyższego zawsze jest taka, że ja codziennie „dotykam” trudniejszej materii. Materii ludzkich emocji, ludzkiej duszy, ale przede wszystkim problemów prawdziwych. Nie urojonych, nie opartych o „polityczną grę”, manipulację, chociaż zdarzają się i takie przypadki, w których tą „grę” czuć na kilometry, i też staram się oraz radzę Wam trzymać się od niej na kilometry. Tak często też mam do czynienia z ludźmi prawdziwie złośliwymi i chorymi. Pomimo moich próśb o pójście dalej. Możecie mi wierzyć lub też nie, ale szlachetną jest sztuką „sztuka odmawiania sobie”.

No cóż, ja jako „istota energetyczna” wyczuwam i dostrzegam o wiele więcej, co bywa darem jak i przekleństwem, chociaż z czasem chylę się bardziej w stronę drugiego…

Moją dzisiejszą inspiracją, a może raczej kolejnym potwierdzeniem tego czym jestem, stał się aktor Andy Withfield. Chciałoby się dopisać „świętej pamięci”, ale to trochę jest trudne. Ów mężczyzna (osobiście nie widziałam nigdy „czegoś” piękniejszego), nie żyje od dobrych paru lat. Zmarł na nowotwora. Zapadł mi w pamięć jego tatuaż „be here now”. Tak bardzo buddyjski, ale co najważniejsze, tak bardzo oddający prawdziwy sens życia… Być stale tutaj. W każdej chwili, w każdym momencie. Jakikolwiek on jest, ma znaczenie, i jak to skomentował sam zainteresowany: być tu i teraz bez lęku o to, co będzie. To wielka sztuka. Do przemyślenia.

Sama jestem zwolenniczką tego, co na stałe. Czy to pod postacią blizn, czy też tatuaży. Dla mnie są to wszystko ślady czasu, co się też tyczy zmarszczek na twarzy, które są nie tylko znakami czasu, co nadają twarzy charakter. Sama też jestem zwolenniczką wszelkiej prostoty, ale i jakości. Z racji swojej innej od innych emocjonalności, często wbrew samej sobie wybieram to, co zwyczajne. Inaczej też definiuję piękno.

Chyba jednak wszyscy mamy w sobie coś mocno egocentrycznego, chcąc zostawić ślad po sobie, czy też zostawić coś na sobie. Coś trwałego, coś innego od wszystkich…

Ostatnimi czasu doznałam przykrej pomyłki. Pojęcie „przykre” chyba nie jest za właściwie. Zadzwoniono do mnie z Ośrodka Zdrowia z informacją, nie wprost, że jest ze mną bardzo źle. Między słowami… mam nowotwora. Jako, że to nie była taka pierwsza informacja, która na szczęście tym razem okazała się być wielkim objawem niekompetencji, przyjęłam ją z wielkim dystansem. Nie tylko dlatego, „że się przyzwyczaiłam”, co życie na tyle mnie umocniło, że na obecnym etapie życie już praktycznie nic nie potrafi mnie zaskoczyć. To źle, czy też dobrze? Do przemyślenia.

Moje pierwsze myśli dotyczyły mojej rodziny. W jaki sposób ją o tym poinformować, jak zorganizować teraz swoje życie prywatne i zawodowe. Wiecie moi Drodzy, że w Tarocie nie zajmuję się ciężkimi chorobami, aczkolwiek pozwoliłam sobie postawić karty na mój stan zdrowia – który jednak stale lustruję, i oczywiście karty potwierdziły moje przypuszczenia. Chyba nie muszę pisać o tym jak na tą informację, tę o nowotworze, a raczej jego braku, zareagowali moi najbliżsi…? Właściwie to ich mi było najbardziej szkoda, nie siebie.

Nikomu z Państwa nie życzę takich pomyłek ze strony służby zdrowia.

Bardzo się natomiast cieszę, że piszecie do mnie z prośbami o mieszankę antynowotworową. Te przygotowuję z wielką radością. Oczywiście jest ona wyłącznie uzupełnieniem kuracji, czy zapobieganiem.

Aby jednak nie przynudzać, ani Was nie zasmucać moimi osobistymi wywodami, pragnę napisać jakie są moje przemyślenia po latach. Ważna jest profilaktyka. I to się wcale nie tyczy samego zdrowia, co każdej sfery naszego życia. Z niedosytu i z przesytu biorą się dysfunkcje. Nie tylko te dotyczące organizmu, ale też te, które występują w relacjach uczuciowych, czy dotyczące stanu psychiki. Wszystko z umiarem i na wszystko musi być czas. Najważniejsza jest równowaga. Lepiej w rezultacie wybrać mniej, aniżeli więcej. To takie tam moje, osobiste. I do przemyślenia.

O tym, co prawdziwe

Listopad 14th, 2014  / Autor: Wróżka Hanna

Poznając mnie i moją pracę, częstokroć zadajecie sobie lub mi pytania… wątpiąc. Jestem o tym przekonana. Co jest prawdziwe, autentyczne, wychodzące poza schemat domniemań, przypuszczenia? Czyż nie jest tak, że wszystko jest zmienną, a jedynie doświadczenie i czas stanowi dowód?

Każdy z nas miewa lepsze oraz gorsze dni. „Tym” samym jest również wróżbita. Częstokroć przytłoczony multum obowiązków, ludzkich narzekań, czy też spraw oraz problemów osobistych – gdzie zawsze jak tylko może – stara się stanąć na wysokości zadania. Stara się pomóc jak tylko potrafi.

Nie tylko w ezoteryce istnieje zjawisko wymiany. Te sławetne „coś za coś” nie jest żadnym bezsensownym porzekadłem, czy wymówką ku temu, aby np. skorzystać. Nigdy nie może być tak, że jedna ze stron czuje się poszkodowana, czy wykorzystana. Aczkolwiek bardzo często jest tak, że rozumiemy siebie na opak. Albo nie rozumiemy wcale – gdzie wszystko niczym bumerang wcześniej czy później powróci…

Dzisiaj jest dzień w którym warto zastanowić się nad wartościami. Tymi najważniejszymi. Postarajmy się wyjść poza utarte, poza schematy, poza nabyte, udawane, czy znane. Co dla Ciebie/mnie stanowi o tym co najważniejsze?

Lubię głaskać zwierzęta, wąchać róże, długo spać.

Aby… nie było za filozoficznie, moi Drodzy, a co ostatnio bardzo sobie cenię oraz szanuję: zadajcie sobie pytanie właśnie na tą chwilę, po co żyjecie, co jest dla Was tym-co najważniejsze?

Noc spadających gwiazd, ta wczorajsza, stanowiła dla mnie nie tylko punkt odniesienia dla refleksji, co jednak taki „cichy moment” w którym mogłam ustanowić sama ze sobą swoje osobiste priorytety.

Każdy człowiek uczy, choćby najtrudniejszy. Każda rozmowa jest lekcją, choćby pozornie bez sensu, czy też nudna.

Jeśli miałabym napisać o tym co jest dla mnie prawdziwe, to po latach pracy z Klientem, po latach wysłuchiwania i zatrzymywania tylko dla siebie tych Waszych unikatowych historii – mogłabym śmiało napisać, że liczy się tylko to, co autentyczne. Cała reszta stanowi zabawę, „pożywkę” dla umysłu, czy kamuflaż. Grę słów, sugestie, pouczenie, gdzie to co prawdziwe skrywa się wyłącznie w naszym JA. Do którego dostęp mamy tylko MY, no i może jeszcze ten, który potrafi „czytać” drugą osobę…

Sztuką życia jest umieć odróżnić grę pozorów od tego co autentyczne. Zabawę od prawdziwych intencji, czy dostrzec w zabawie to, co prawdziwe, co ma stanowić lekcję lub pouczenie. Gdzie w sercu prawda, a często głucha cisza. Gdzie trzeba nauczyć się to puszczać, iść dalej, stale z głową do góry – ale nie „w chmurach”.

Nie proszę Was o to, abyście właśnie dzisiaj się zastanowili nad tym, co dla Was najważniejsze. Każdy moment powinien stanowić te małe „dzisiaj”, zatem i czas na nie tylko refleksje, ale stałe zapytania o to: „po co”, i „czy warto”.

Wybaczcie mi filozoficzny ton owego felietonu, aczkolwiek jest podyktowany chwilą, i uśmiechem na twarzy. Co też (chyba) nadaje mu jednak jakiejś wartości.

Wstecz

Sierpień 30th, 2014  / Autor: Wróżka Hanna

Ostatnie lata zmieniły mnie nie tylko z racji edukacji, której oddaję się po dziś dzień, ale i ilości doświadczeń, wydarzeń, które mnie spotkały. Ostatnim latom zawdzięczam ogromny spokój, który odczuwam obecnie, nawet, jeśli na ten czas dzieje się w moim życiu więcej, aniżeli kiedykolwiek…

Skąd ten spokój, zapytacie?

Dzisiaj będąc w mojej ulubionej restauracji „niby” przypadkiem przeczytałam parę słów w książce na temat powiązania psychiki z ciałem. Temat już zapewne dla Was nudny, bo stale przeze mnie poruszany, ale aż prawie klasnęłam w dłonie uświadamiając sobie, że jestem przecież tego „żywym przykładem”. Przede wszystkim jestem stale świadoma swojej wolnej woli i umiejętności kształtowania tego, co w około, i we mnie.

Lubię miejsca „z klimatem”. Te, w których mogę oddać się lekturze lub ew. rozglądać się z podekscytowaniem po ścianach. Nie lubię marnowania czasu. Dla mnie wszystko musi mieć miejsce, wymiar, i sens.

O czym doskonale wiecie, od zawsze „pracowałam” z energią. Wybierałam swoje własne sposoby na życie. Kontakt z naturą był tym, czego potrzebowałam najbardziej, i tym za czym stale tęsknię.

Na ten czas zastępuję go stałymi wyjazdami, kupnem kwiatów oraz ziół do mieszkania, kontaktem z moim Maleństwem, i innymi drobiazgami. Tylko natura, kontakt z nią jak i z tym co pozytywne, pozwala „naładować akumulator”. Jak zapewne wiecie, dla nas, „energetycznych osób”, jest to powyższe wręcz koniecznością, bo jak w innym przypadku mielibyśmy Wam skutecznie pomagać?

Wtrącając: chciałam się podzielić się z Wami przepisem na mieszankę antynowotworową, który otrzymałam od wspaniałych sąsiadów. Napar można pić profilaktycznie, bo poprawia wyniki krwi oraz nastrój jak i dodaje chęci do życia. Przetestowałam i w pełni potwierdzam. W jej skład wchodzi: pokrzywa, nagietek oraz krwawnik (dodałabym jeszcze czarną hubę). Zioła połączyć ze sobą w tej samej ilości wagowej. Skutkiem ubocznym może być wysypka, ponieważ pokrzywa ma właściwości czyszczące krew. W razie potrzeby, mogę przygotować taką mieszankę.

O energii mogłabym pisać wiele, chociaż praktycznie stale jej doświadczam obok siebie. Często są to dość humorystyczne sytuacje „z przedmiotami w tle”, aczkolwiek bliscy jak i stali Klienci, myślę, że już do tego przywykli… Bywa jednak dość zabawnie, kiedy kabina prysznicowa, czy słoik staje się nagle „przedmiotem posłusznym”. Bywa też, że moja energia, świadomie, a często nieświadomie „przerzucana” na przedmioty oraz ludzi zaskakuje.

Mój spokój i uśmiech pochodzą z wewnątrz. Nie są żadną zapowiedzią gorszego, a stale lepszego. Stale też odczuwam to lepsze i każdy krok stawiam coraz bardziej świadomie.

Jeśli żywo obserwujecie moją stronę, to zapewne zauważyliście, że dodałam do Cennika opcję wizji, ale nie jasnowidzącej, która jest od dość dawna, ale też coś takiego co się nazywa wizjonerstwem.

Tak – i tutaj odpowiadam na pytanie osoby zaciekawionej – potrafię zobaczyć i diagnozować aurę.

Kolejny raz nieśmiale podchodzę do moich rzadkich umiejętności, które spotkały się z wielkim zaciekawieniem, zapytaniami, stąd zostają ze mną już na stałe. Tak na ten czas sądzę.

Sposób otrzymywania wizji, tak jak i inne metody pracy są (jak zawsze zaznaczam) nie wyrazem mojej pychy, czy złośliwości, co wyrazem mojej tajemnicy zawodowej. Jeśli komuś to nie odpowiada, moi drodzy Czytelnicy, to przecież nikt Was do niczego nie zmusza. Zawsze możecie pójść dalej…

Wszyscy jesteśmy istotami wolnymi, mamy prawo wyboru.

Często przyrównuję siebie do kotki, która ma „swoje ścieżki i miejsca”, i sądzę, że tak najtrafniej można by określić moją osobowość. Zapewne jestem ogromnym indywiduum i piszę to nie z racji braku skromności, ale prędzej umiejętności oceny samej siebie.

Prawdą jest też, że mam coraz mniej czasu na tą właśnie pracę. Pracę karcianą (stąd też pojawił się asystent, który tylko informuje, robi dla mnie zapisy – którego jednak przez brak dostępu bezpośredniego do mnie… nie polubiliście). Spotyka się to często z Waszymi pretensjami, aczkolwiek musicie mi wybaczyć, a może raczej zrozumieć, że jak każdy człowiek mam prawo do szczęścia i wyborów. A dla mnie szczęściem jest móc decydować o samej sobie i żyć swoim życiem, co często też wiąże się z bezpardonowym odmawianiem współpracy, odwracaniem się na pięcie, zostawianiem tych, którzy nie rozumieją, są „czarni”, mówieniem „nie” lub „stop”.

Skąd zatem spokój, zastanawiacie się?

Od dawna przeżywam wielkie pogodzenie. Wielkie pogodzenie z tym co jest, z tym co być musi, z tym co mogę zrobić, i z tym czego nie da się zmienić.