Archive for Luty, 2011

Wieża

poniedziałek, Luty 28th, 2011

Wieża (16), to karta sytuacji totalnie nas zaskakujących. Wieża symbolizuje sytuacje, gdzie nasz świat, czy też nasze poglądy ulegają totalnym zmianom. Bywa to dla nas wręcz „szokiem”, jednak zależy też jak do tego typu sytuacji podejdziemy. Bywa i „katastrofą”, lecz jak dla mnie (i to jest moja osobista opinia) nie ma czegoś takiego jak: tragedia. Przecież każdy koniec jest niejakim i początkiem, zatem Wieża bywa bardzo konstruktywna i tak należy do niej podchodzić.

Charakter: Lękliwy, pełen przerażenia, „trzęsący się”, „rozchwiany”. Często sugeruje: egoizm. Bywa, że wskazuje na bardzo silne osobowości lub osoby „gwałtowne”.

Związki/miłość: Często „prognozuje” rozpad relacji. Jeszcze częściej rozpad czegoś, co nie miało podstaw ku temu by „trwać”. Tego typu wydarzenie zawsze jest szokiem i czymś niespodziewanym. Możemy również dowiedzieć się, że „wybranek” nas nie kocha, czy też właśnie w drugą stronę: kocha. Wskazuje w związku na wszelkie „zawieruchy”, sytuacje: gdzie nie panujemy nad sobą.

Praca: Utrata pracy. Założenie firmy.

Sytuacja/inne: Dom, budynek, burza.

Na obrazku: karta „Wieża” z talii Sharman Caselli Tarot (źródło: taroteca.multiply.com)

Optymistycznie

środa, Luty 23rd, 2011

Skąd pomysł na taki felieton? A z racji tego, żeby nie było, że ze mnie taki straszny „czarnowidz”. Chciałam dzisiaj przytoczyć bardzo (jak dla mnie) optymistyczną historię, dotyczącą półrocznej znajomości z pewnym Klientem, którą też podczas wczorajszego wywiadu opowiedziałam redaktorce jednego z najbardziej znanych w Polsce miesięczników. Na jednym z portali na których pracuję, miałam przyjemność odbyć kiedyś rozmowę z pewnym młodym mężczyzną.

Ów mężczyzna, jak to bywa, bardzo i „na śmierć” się zakochał. „Wybranka” okazała się jednak być osobą kompletnie nim nie zainteresowaną. Klient nie miał jednak „zielonego pojęcia” dlaczego, ponieważ nigdy mu tego nie wyjaśniła, ani nie powiedziała, skąd u niej aż taka wobec niego niechęć. Mój Klient jednak z założenia i od początku naszych rozmów być „święcie przekonany”, że w końcu ją w sobie rozkocha, ona zwróci na niego uwagę i, że faktycznie będą razem.

Ułożył sobie w głowie nawet plan jak do tego ma dojść, jednak „wybranka” już była mniej chętna ku realizacji jego zamiarów… aby nie mówić, że „odcinała” się od „natręta” na wszelkie sposoby. On jednak miał pełną wizję ich przyszłości: jakiego koloru będą mieć dom, jak będzie wyglądała ich pierwsza randka, gdzie ją zaprosi, a nawet ile i jakiej płci będą ich dzieci. Od samego początku naszych rozmów, miałam co do ich wspólnej przyszłości ogromne wątpliwości. Karty były na „nie”, tylko Gwiazda „łudziła” nadzieją. Gwiazda „łudziła”, ale mężczyzna się nie poddawał. Wpadłam zatem na pomysł, aby znaleźć jakieś podpowiedzi w kartach na temat tego, co powinien w ten sytuacji zrobić.

„Z zasady” rzadko piszę lub mówię Klientom, że powinni się poddać. Można, ale dopiero, gdy wszelkie środki „zawiodą”. Nie mam tutaj jednak na myśli sytuacji, gdzie ktoś kogoś „nęka i dręczy”. Nie w tym rzecz. Szukaliśmy zatem wspólnie rozwiązań. Jak i czym ją zainteresować, jak do niej „podejść”… Może i wyglądało to z boku, niczym „ujarzmianie lwa”, ale patrząc na tą osobę i jej stosunek wobec owego mężczyzny, trudno było liczyć nawet na najdrobniejszy sukces. W każdym jednak rozkładzie, stale i ponownie, wręcz „natrętnie”, pojawiała się karta Gwiazdy. Ów mężczyzna, wykorzystał wszystkie moje porady, „wdrażał” je w życie niezłomnie, ani przez chwilę nie przestawając również wierzyć w to, że „wybranka” w końcu ulegnie i się co do niego przekona.

Sytuacja wyglądała tak, że nie chciała nawet się z nim spotkać, a z czasem wyszło na jaw również to, że fizycznie też jej w ogóle nie interesuje i nie „pociąga”. Przez te pół roku czasu, często myślałam sobie, że może faktycznie „nabijam chłopaka w butelkę”. Nie potrzebnie „sieję” nadzieję, a intuicja mnie „zawodzi”. Myliłam się jednak. Jakiś czas temu, po bardzo długim okresie ciszy ze strony tego mężczyzny, dostałam od niego wiadomość. Okazało się, że jego „miłość” się odezwała i w końcu zgodziła spotkać, a na obecny czas (trochę już go upłynęło) są bardzo szczęśliwą parą i myślą (pomimo bardzo młodego wieku) o wspólnej przyszłości.

Podsumowań i puenty jednak nie będzie. Pragnę zaznaczyć, że nie mam tutaj na celu podkreślania swojej intuicji, czy też tego, że jestem „dobra w tym co robię”, ale raczej tego, że bardzo wiele zależy od nas i naszych chęci oraz jakże często… „niezłomności”. Niemożliwe często staje się możliwym i to nie za sprawą „cudów” (w które niejako nie wierzę), ale właśnie naszej wiary i samozaparcia.

Te wszelkie „subtelności”

czwartek, Luty 17th, 2011

Często się zastanawiam, na ile moje interpretacje kart są zgodne z tym, co faktycznie jest słuszne i zgodne z moją osobą, i postrzeganiem sytuacji. Klientka pyta o uczucia partnera, a w kartach na ten temat „na oko”, nie widać praktycznie nic, same karty mieczy (znający Tarota wiedzą co to oznacza: konflikty i często również… dystans). Moja odpowiedź mogłaby zatem brzmieć: „Pani partner podchodzi do Pani „głową”, a nie sercem…”. Co Klientka zrozumiałaby zapewne w taki sposób, że: „Jest mu Pani totalnie obojętna”. Sprawa jednak ma „podwójne dno”. Co innego opis, czy też podejście stricte książkowe, a co innego właśnie to, czym się od lat zajmuję, czyli: „odczuwaniem” kart.

Te moje „czytanie” kart, często porównuję do tropienia, do pracy detektywa, który nie może i nie powinien pominąć żadnego z pozornych drobiazgów. Odpowiadam zatem Klientce zgodnie z moją prawdą: „Pani partner potrafiłby pokazywać swoje uczucia, ponieważ praktycznie każdy posiada taką zdolność. Dla niego jednak ważniejsze są inne wartości, inne też wartości ceni. Gdyby mógł oraz chciał, na pewno potrafiłby mówić o uczuciach i o tym co faktycznie do Pani czuje”.

Na ten moment i patrząc na jego osobowość, mogę powiedzieć, że po prostu wiele w sobie dobrowolnie tłumi oraz „dusi.”. Myślę, że Klientkę o wiele bardziej potrafi zaspokoić odpowiedź tego typu, aniżeli: „Uczuć, droga Pani, brak”. Tak naprawdę… zawsze są jakieś uczucia. Czy to podniecenie, czy też złość, zatem zawsze się w człowieku coś dzieje i „kotłuje”. Oczywiście, że bardzo pięknie się czyta, gdy ktoś nas kocha i jest to tak „namacalne”, że nawet moja słowa nie muszą tego podkreślać. Wiadomo, zawsze są wątpliwości i stąd też, drodzy Państwo, korzystacie z naszej pomocy.

Często mówię swoim Klientom, że wróżka bywa „zaspokajaczem ciekawości” i tak też coraz częściej postrzegam swoją pracę. Zaspokajam czyjąś ciekawość, upewniam, „rozwiewam” wątpliwości, jednak co ważne… ja również i jak każdy człowiek, mogę się mylić. Nikt z nas nie jest nieomylny i wszelkie pretensje związane z tym, że „przecież tak miało być” są bardzo niesłuszne. To my cały czas, wszelkimi decyzjami i itd., wpływami na nasze życie. Nie ma czegoś takiego jak „pewnik”, czy wyrocznia.

Pewna (i proszę odebrać to jako czarny humor) jest tylko… śmierć. Z drugiej strony: należałoby się raczej cieszyć, że żadna „tragedia” się nie zmaterializowała. Nie „sztuką” jest zatem mówić, czy pisać komuś to, co jest „czarne na białym” i wręcz oczywiste, chociaż to też bywa bardzo cenne, gdy upewnia kogoś w czymś i następuje totalne odprężenie… „Sztuką” jest powiedzieć to, co ma faktycznie „głębszy” sens i pozwoli zrozumieć drugą osobę bardziej i lepiej. Również i zarazem… na przyszłość.

Diabeł

wtorek, Luty 15th, 2011

Diabeł (15), to przede wszystkim bardzo „mocna” energetycznie karta i tak ją odbieram. Diabeł jest symbolem nie, że „upadku”, ale tego, że niejako często jesteśmy wręcz… bezwolni. Diabeł to często: brak kontroli, wszelkie „toksyczności” i wszelkie żądze. Często po prostu zakochujemy się i „tracimy głowę”. „W odstawkę” idą wszelkie nasze wyższe wartości i rozsądek. Możemy robić również różne „głupoty”, wychodzić poza wszelkie marginesy… i po prostu: błądzić. Wszelka ekscytacja jest tutaj niejaką nagrodą. Cena jednak za te wszelkie „radości” może być jednak bardzo wysoka.

Charakter: Dominujący, apodyktyczny, „słaby”, manipulujący.

Związki/miłość: Przede wszystkim należy rozważyć, czy w danej relacji panuje wolność i nieskrępowanie. Może być tak, że tkwimy w totalnej „toksynie”. Relacje takie dają wiele „uciechy”, radości i ekscytacji. Wszystko jednak ma swoją cenę, przy Diable, często bardzo wysoką… przynajmniej emocjonalnie. Pożądanie, seks? O tym również jest tutaj mowa… Często zatem pożądanie czy też namiętność, myli się w takiej relacji z prawdziwą miłością.

Praca: Możesz zajmować się czymś niekoniecznie uczciwym. „Dopadnie” Cię żądza pieniądza. Skrajny materializm.

Sytuacja/inne: We wszelkich działaniach, w tym: transakcjach i umowach typowo finansowych, należy być bardzo ostrożnym. Uwaga na wszelkie nałogi.

Na obrazku: karta „Diabeł” z talii Sharman Caselli Tarot (źródło: taroteca.multiply.com)

„Proszę się nie denerwować…”

czwartek, Luty 10th, 2011

Znowu pojawiła się u mnie potrzeba, aby napisać parę słów na temat rozmów i „obcowania” z Klientami. Już na wstępie zaznaczam, że mam stały kontakt z Klientami i stale pojawiają się też nowi Klienci, którzy potrafią się „przyzwoicie” zachować i aż trudno jest się ich w czymkolwiek „uczepić”. Bardzo Wam, drodzy Państwo w imieniu swoim oraz koleżanek/kolegów „po fachu”, dziękuję.

Co mnie skłoniło do napisania tego felietonu? Silna ku temu potrzeba i pogłębiająca się z dnia na dzień świadomość, że najtrudniej jest żyć w zgodzie z samym sobą. Przytoczę jedną z rozmów z Klientką. Owa Klientka już na wstępie, (co dało się „wyczuć”) nie darzyła mnie sympatią. Przychodziła do mnie z problemami finansowymi, w domu i w małżeństwie również jej się nie układało.

Doradzałam jej zatem, pisałam: co według mnie jest trafne i słuszne, i wychodziłam nawet poza „ramy” czasowe oraz koszt usługi. Rozmowa przebiegała w sposób „mizerny”, bez żadnego z jej strony zaangażowania czy chęci ku działaniom, a jej „nerwy” dawały mi o sobie znać coraz częściej. Oczywiście i tradycyjnie: była niezadowolona. Nie powiedziałam tego, co chciała usłyszeć, do czego po zakończeniu rozmowy w końcu się przyznała. Oczekiwała czego innego, czyli: pocieszania, wspierania i informacji stricte i wyłącznie optymistycznych. Ona była osobą nad wyraz „trudną”. Jej firma była w „rozsypce”. Mąż ją i dzieci od lat stale „nękał” i bił, ale oczywiście Klientka „święcie” trzymała się wersji, że to wspaniały i współczujący człowiek, i że mąż się „na dniach” po prostu… nawróci. Powstaje pytanie: po co jej zatem ja i moja pomoc, skoro „wie lepiej”? Nie jednokrotnie mi ręce opadają w takich sytuacjach, tym bardziej, że… uświadamiałam Klientkę, że trzeba sprawę (w najgorszym z wypadków) zgłosić na policję.

Na nic tutaj tak naprawdę, wróżka. Klientka jak się okazało pod koniec rozmowy (jak to często bywa), leczyła się psychiatrycznie. Często „odwiedzała” zakłady psychiatryczne i stale tam powracała. Sugerowałam jej zatem, że nie powinna pomocy szukać u mnie, tylko u specjalistów, co oczywiście (?) kończyło się ciszą z jej strony i totalnym niezrozumieniem i wręcz wściekłością. Przecież to właśnie ja powinnam była rozwiązać jej wszystkie problemy, o czym nie „omieszkała” mi wspomnieć. Była bardzo zawiedzona, a ja raczej zmartwiona faktem, że takie osoby zdarzają się coraz częściej. Służba zdrowia często „zawodzi”. Nie jednokrotnie specjaliści również, jednak na nic moje słowa, że nie jestem osobą wykwalifikowaną w tym kierunku.

Nie jestem i nie uważam siebie za terapeutę czy psychologa. Nie jestem w tym kierunku w żaden sposób „przeszkolona”. Robię co potrafię, co możliwe i na tym się… kończy. Prawie codziennie otrzymuję przeróżne maile i wiadomości od nieznanych mi osób (internet pozwala na „więcej”). Najczęściej są to obraźliwe obelgi, prośby o darmowe wróżby, prośby o „rzucenie czarów”, również względne „pomówienia”. Na szczęście (?), koleżanki i koledzy „po fachu” upewniają mnie w tym, że ich również to dotyczy. Stale jestem również „nękana” przez konkurencję oraz osoby, które wręcz „napastują” mnie abym zrobiła dla nich coś, co nie wchodzi w zakres moich usług.

Stale też wysłuchuję oskarżeń, słów niezadowolenia, bywa, że i… gróźb. Zastanawiam się co by było gdybym, wszem i wobec „okrzykiwała” siebie osobą „wszystkowiedzącą”, jasnowidzem, osobą nieomylną? Byłabym mówiąc po krótce: bezczelna i egocentryczna. Najśmieszniejsze w tym jest to, że nigdy o sobie w ten sposób nie napisałam, nie powiedziałam, a opis mojej osoby, gdziekolwiek by nie zajrzeć, należy chyba do najbardziej szczerych, jakie w ogóle można przeczytać. Pozytywnym akcentem powinnam ten felieton zakończyć, ale mam silną potrzebę, aby napisać o tym właśnie teraz.

Są i Klienci z którymi współpracuję od lat. Są to wspaniałe, bardzo inteligentne i wyrozumiałe osoby, które wiedzą przede wszystkim czym jest zdrowy dystans. Cenię je przede wszystkim nie za„wierność”, ale za to, że potrafią na wszystko spojrzeć w pełni obiektywnie. Nie oczekują „cudów”, siedząc z założonymi rękami. Wiedzą, że wszelkie decyzje wpływają nieustannie na „nurt” naszego życia. Należy również opcję taką, że da się wszystkich „zaspokoić”, odrzucić zdecydowanie. Wszystkich, jak to mówią, to tylko Jezus „wykarmił”… Niejednokrotnie zostałam również wykorzystana. Może niekoniecznie ja, bo się z tym nie identyfikuję, ale moja chęć pomocy, otwartość i ufność w ludzi, która tak naprawdę z roku na rok, jest coraz mniejsza. Kurczy się w zastraszającym tempie.

Wielokrotnie też muszę osoby po drugiej stronie kabla telefonicznego, uspokajać. Jakże często Klienci krzyczą, wrzeszczą i mnie „wyzywają”. Pytanie nasuwa się jedno: jakbyście się Wy, drodzy Czytelnicy, zachowali w takiej sytuacji? Nikogo do niczego przecież nie „przymuszam”, na moje usługi godzicie się przecież w pełni dobrowolnie.

Drodzy Państwo, jeśli faktycznie macie wątpliwości co do jakiegoś wróża czy też wróżki, nie czytajcie i nie sugerujcie się opiniami innych osób, które często są tylko „odwetem” lub „kwikiem”osoby niezrównoważonej psychicznie, tylko po prostu: sami ją „sprawdźcie”. Rzadko jakakolwiek i czyjakolwiek opinia „w nerwach”, czy silnych emocjach, jest w pełni obiektywna. Ile razy również dostawałam wiadomości od osób chcących mnie „sprawdzić”, ale i oczywiście… za darmo i wręcz „charytatywnie”. Gdyby jeszcze w tej prośbie była choć odrobina sympatii, a nie złośliwość lub braku szacunku… Wiele osób się niejednokrotnie „burzy”, że musi za moje usługi płacić. Jestem często bardzo zmęczona tym, że muszę stale podkreślać, że jest to praca jak każda inna. Ciekawa jednak jestem (i tym humorystycznym akcentem kończę ten „czepialski” felieton), czy gdybym przyszła do ich firmy, czy też pracy, wykonaliby mi jakąkolwiek zażyczyłabym sobie usługę… za darmo?