Archive for the ‘Leczenie naturalne’ Category

My-Żołnierze wyklęci

piątek, Lipiec 31st, 2015

Jako, że obiecałam Państwu napisać parę słów o aromaterapii, stąd zacznę od tego właśnie tematu, nawet, jeśli dziwnie zaintrygował Was sam enigmatyczny tytuł tego wpisu, jakby nie pasujący do całej reszty…

Długo czekaliście zanim znalazłam wolną chwilę na to, aby napisać parę słów skierowanych do Was. Pozwoliła mi na to choroba (przeziębienie), którą przyjęłam jako pewnego rodzaju „podarunek”, ponieważ zmusiła mnie do zaniechania, zaprzestania, odpoczynku… jak i do napisania tego właśnie felietonu.

Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że na nasze dobre samopoczucie wpływa multum czynników. Nie można podchodzić do swojego „ja” inaczej, aniżeli holistycznie. Jeśli mowa natomiast o aromaterapii, to jej temat jest jak dla mnie bliski pracy energii. Energii nie widzimy, ale odczuwamy ją jak i jej skutki (np. rytuał).

Tak też jest jest z aromatami.

Aby jednak nie rozwlekać tematu, proszę, zainteresujcie się hydroterapią, a konkretniej śp. ks. Sebastianem Kneipp’em. Do sedna: mam na myśli wodolecznictwo, ale jednak połączone z naturoterapią, co w efekcie daje wyżej wspominaną aromaterapię.

W drogeriach dość trudno o produkty Kneipp’a, ale jako, że wypróbowałam je praktycznie wszystkie, zatwierdzam o ich wielkiej skuteczności. W ofercie istnieją żele pod prysznic, olejki do kąpieli, i właśnie te ostatnie są podstawą nie tylko przyjemnej kąpieli, co kąpieli znoszącej chorobę fizyczną jak i psychiczną… Osobiście jednak optuję za kwestią ciepłych aż po gorące zabiegi.

Jeśli zatem dokucza Wam zdenerwowanie, czy przewlekłe problemy z krążeniem, zainteresujecie się owymi produktami. I to nie jest żadna kryptoreklama, a podsuwanie czegoś, co może okazać się być zbawienne dla Waszego zdrowia. Kochanego zdrowia.

Zapachy naprawdę potrafią ukoić zmysły jak i doprowadzić do równowagi psycho-fizycznej. Zatem cokolwiek Wam dolega, jest nadzieja, że okażą się być pomocne.  Zresztą, ciepło organizmu jest nie tylko życiodajne, ale też jednak świadczy o prawidłowym przepływie energii…

Przechodząc jednak do meritum, czyli samego tytułu, to na wstępie pragnę zapytać Was, czy wiecie kim byli tzw. Żołnierze wyklęci? Jeśli nie, proszę zainteresujecie się tymi, którzy „żyli prawem wilka”, i tak naprawdę obecnie przechodzą swój renesans, jak i wzbudzają ogromne emocje. Taki tytuł obrałam nie tylko z racji połączenia z owym środowiskiem, ale też dlatego, że obecny czas jest wręcz doskonały na refleksje, zadumę.

Aby jednak w skrócie przybliżyć Wam kim byli ci ludzie, posłużę się kilkoma zdaniami. Była to grupa ludzi, która walczyła o niepodległą, wolną Polskę. Mieli zostać przeklęci, zapomniani, gdzie dopuszczano się do czegoś tak bestialskiego jak brak pochówków, a do ich bliskich wysyłano natomiast listy o ich zhańbieniu, judaszeniu, niewierności. Oczywiście wszystko to było w pełni spreparowane, fałszywe, aby móc ukryć ich prawdziwe zasługi, bohaterstwo, czyli przewagę, wygraną.

Temat ten poruszyłam nie bez kozery. W obecnym jakże bardzo napiętym politycznie czasie, coraz częściej celowo i na skalę masową jest wzbudzany strach. A to straszą wojną, a to podwyższeniem podatków, aż po jakieś nowe mutacje dawnych chorób… Może to „słabo ezoteryczny” temat, ale myślę, że w tym felietonie każdy z Was znajdzie coś z siebie jak i dla siebie. Tym bardziej, że obecne czasy skłaniają ku tego typu refleksjom. Rozmyślaniom nad życiem jak i śmiercią.

Nie dajcie się zatem tym manipulacjom, zastraszaniom. Są głównie tylko tym i niczym więcej. Strach wzbudza respekt i trwogę, stąd tak często się nim posługują. Niestety najczęściej skutecznie.

Jak mawiał śp. gen. Ulysses Grant: „Pamiętajcie żołnierzu, wróg boi się nas tak samo jak my jego.” Głowa do góry, jutro znowu wstanie słońce.

Czas na ziołolecznictwo…

poniedziałek, Styczeń 20th, 2014

Właściwie odkąd pamiętam zawsze przebywałam wśród ziół. Jako dziecko uwielbiałam spędzać czas wśród natury… oczywiście samotnie. Była to głównie łąka, potem las, ale zawsze towarzyszył mi zapach kwiatów, chociaż teraz jako dorosła kobieta wiem, że te domniemane kwiatki, to były właśnie zioła.

Dziurawiec, krwawnik na łące, a mięta i melisa na ogródku… tak wspominam swoje smutne, chorowite dzieciństwo. Wszystkie choroby były leczone przez moją mamę „zielarkę”, która pomogła sama sobie przy bardzo poważnych chorobach, czym też nieświadomie „zarażała” mnie od dzieciństwa. Wychodzenie z choroby bez udziału chemii – tego mnie uczyła od maleńkiej dziewczynki, tym też posługuję się od lat w swoim życiu, kiedy nastają nawet najtrudniejsze dolegliwości…

Ziołami zastępuję herbatę.

U mnie w domu przeziębienie było leczone naparem z lipy, sokiem z czarnego bzu. Wszelkie niespokojne noce naparem z melisy, chmielu.

Nie wszystkie jednak „nauki” płynęły z jej ust, a właściwie z racji mojej nieposkromionej ciekawości, nauczyłam się czym dokładnie jest moc ziół jak i przyrody. Bukiety, które znosiłam jej do domu, okazywały się być ziołami, szkoda było je wyrzucać, łatwiej i sensowniej… zasuszać.

Obecnie zasuszam je w miarę możliwości oraz czasu. Gotowych, również przygotowanych przeze mnie mieszanek, posiadam multum.

Uwielbiam słodki zapach lipy, która niby taka pospolita, ale jak mało które drzewo potrafi ukoić nerwy, wyciszyć cały organizm, doprowadzić do harmonii, pozwolić na zdrowy, spokojny sen. Małe, drobne, fioletowe kwiatuszki tuż przy lesie, to jakże pospolita macierzanka. Kiedy tylko mam wolną chwilę, spędzam czas wśród wiatru, przyrody. W zimne październikowe wieczory jest idealnym dodatkiem do mocno rozgrzewającej kąpieli.

Można śmiało napisać, że zioła są swego rodzaju koniecznym dodatkiem. Dodatkiem do życia, do mandali jaką jest życie – nieodłącznym dodatkiem. My ludzie „uciekamy” od przyrody, zwracamy się w stronę szeroko pojętej „materii”, fundując sobie z każdym dniem jedno: powolną utratę energii, wręcz powolną śmierć, przynajmniej energetyczną – ponieważ odwracamy się od tego, z czego powstaliśmy. Coraz mniej i mniej nas w samych sobie…

Dziurawiec na depresję, krwawnik na choroby kobiece, mięta na niestrawność, melisa na uspokojenie, głóg na chore serce… Prawie każdy z nas zna te proste oraz tanie sposoby na zdrowsze życie. Ja jednak uważam, że prawdziwa moc ziół tkwi w ich mieszaniu ze sobą, co też robię, tworzę na własny użytek.

W takiej formie są niczym „kociołek czarownicy” – pełne magicznej mocy, mogące „zdziałać”, „wyczarować” wręcz wszystko!

Felieton ten motywuję tym, moi Drodzy Czytelnicy, że postanowiłam i ja wprowadzić tego typu usługę do swojego Cennika. Od dzisiaj możecie spróbować mieszanek ziół, które sama własnoręcznie przygotowuję, a i „okraszam” swoją mocą, energią, dedykacją i… sercem.