Archive for the ‘Bez kategorii’ Category

Być tu i teraz

poniedziałek, Luty 23rd, 2015

Jak to powiedziała niegdyś w filmie o samej sobie prof. Jadwiga Staniszkis, nigdy nie poznamy samego siebie. Tak w pełni i do końca. Do przemyślenia.

Dla mnie każdy dzień naszej egzystencji jest tak naprawdę lekcją naszej niewiedzy, ale też lekcją naszych ułomności. Często też „lękcją”, której się z pasją oddajemy. Takie są moje osobiste refleksje potwierdzane Waszymi zwierzeniami.

Trzeba umieć się przyznać przed samym sobą do tego. Do tego, że nikt z nas nie jest istotą idealną, co jednak może wiele osób burzyć, ale zapewne głównie tych z wielce nadętym, egocentrycznym ego. Błędy są po to właśnie, aby się na nich uczyć, je naprawiać, a przede wszystkim dostrzegać ich prawdziwą postać. To, czym są naprawdę. To, że są błędami.

Szukamy inspiracji w innych, zamiast szukać jej w samym sobie. Lubię do znudzenia powtarzać, że każdy z nas jest nie tylko inny, ale też wyjątkowy. Czas na zastanowienie dla Was: co ostatnio Was zainspirowało lub zaskoczyło?

Ostatnio często oglądam debaty polityczne, filmy dokumentalne, biografie. Przeważają w nich te, w których poruszane są tematy najtrudniejsze. Bywam sentymentalna, ale dalej nie znajduję czasu na przejmowanie się.

Właściwie to moja refleksja po obejrzeniu powyższego zawsze jest taka, że ja codziennie „dotykam” trudniejszej materii. Materii ludzkich emocji, ludzkiej duszy, ale przede wszystkim problemów prawdziwych. Nie urojonych, nie opartych o „polityczną grę”, manipulację, chociaż zdarzają się i takie przypadki, w których tą „grę” czuć na kilometry, i też staram się oraz radzę Wam trzymać się od niej na kilometry. Tak często też mam do czynienia z ludźmi prawdziwie złośliwymi i chorymi. Pomimo moich próśb o pójście dalej. Możecie mi wierzyć lub też nie, ale szlachetną jest sztuką „sztuka odmawiania sobie”.

No cóż, ja jako „istota energetyczna” wyczuwam i dostrzegam o wiele więcej, co bywa darem jak i przekleństwem, chociaż z czasem chylę się bardziej w stronę drugiego…

Moją dzisiejszą inspiracją, a może raczej kolejnym potwierdzeniem tego czym jestem, stał się aktor Andy Withfield. Chciałoby się dopisać „świętej pamięci”, ale to trochę jest trudne. Ów mężczyzna (osobiście nie widziałam nigdy „czegoś” piękniejszego), nie żyje od dobrych paru lat. Zmarł na nowotwora. Zapadł mi w pamięć jego tatuaż „be here now”. Tak bardzo buddyjski, ale co najważniejsze, tak bardzo oddający prawdziwy sens życia… Być stale tutaj. W każdej chwili, w każdym momencie. Jakikolwiek on jest, ma znaczenie, i jak to skomentował sam zainteresowany: być tu i teraz bez lęku o to, co będzie. To wielka sztuka. Do przemyślenia.

Sama jestem zwolenniczką tego, co na stałe. Czy to pod postacią blizn, czy też tatuaży. Dla mnie są to wszystko ślady czasu, co się też tyczy zmarszczek na twarzy, które są nie tylko znakami czasu, co nadają twarzy charakter. Sama też jestem zwolenniczką wszelkiej prostoty, ale i jakości. Z racji swojej innej od innych emocjonalności, często wbrew samej sobie wybieram to, co zwyczajne. Inaczej też definiuję piękno.

Chyba jednak wszyscy mamy w sobie coś mocno egocentrycznego, chcąc zostawić ślad po sobie, czy też zostawić coś na sobie. Coś trwałego, coś innego od wszystkich…

Ostatnimi czasu doznałam przykrej pomyłki. Pojęcie „przykre” chyba nie jest za właściwie. Zadzwoniono do mnie z Ośrodka Zdrowia z informacją, nie wprost, że jest ze mną bardzo źle. Między słowami… mam nowotwora. Jako, że to nie była taka pierwsza informacja, która na szczęście tym razem okazała się być wielkim objawem niekompetencji, przyjęłam ją z wielkim dystansem. Nie tylko dlatego, „że się przyzwyczaiłam”, co życie na tyle mnie umocniło, że na obecnym etapie życie już praktycznie nic nie potrafi mnie zaskoczyć. To źle, czy też dobrze? Do przemyślenia.

Moje pierwsze myśli dotyczyły mojej rodziny. W jaki sposób ją o tym poinformować, jak zorganizować teraz swoje życie prywatne i zawodowe. Wiecie moi Drodzy, że w Tarocie nie zajmuję się ciężkimi chorobami, aczkolwiek pozwoliłam sobie postawić karty na mój stan zdrowia – który jednak stale lustruję, i oczywiście karty potwierdziły moje przypuszczenia. Chyba nie muszę pisać o tym jak na tą informację, tę o nowotworze, a raczej jego braku, zareagowali moi najbliżsi…? Właściwie to ich mi było najbardziej szkoda, nie siebie.

Nikomu z Państwa nie życzę takich pomyłek ze strony służby zdrowia.

Bardzo się natomiast cieszę, że piszecie do mnie z prośbami o mieszankę antynowotworową. Te przygotowuję z wielką radością. Oczywiście jest ona wyłącznie uzupełnieniem kuracji, czy zapobieganiem.

Aby jednak nie przynudzać, ani Was nie zasmucać moimi osobistymi wywodami, pragnę napisać jakie są moje przemyślenia po latach. Ważna jest profilaktyka. I to się wcale nie tyczy samego zdrowia, co każdej sfery naszego życia. Z niedosytu i z przesytu biorą się dysfunkcje. Nie tylko te dotyczące organizmu, ale też te, które występują w relacjach uczuciowych, czy dotyczące stanu psychiki. Wszystko z umiarem i na wszystko musi być czas. Najważniejsza jest równowaga. Lepiej w rezultacie wybrać mniej, aniżeli więcej. To takie tam moje, osobiste. I do przemyślenia.

Wstecz

sobota, Sierpień 30th, 2014

Ostatnie lata zmieniły mnie nie tylko z racji edukacji, której oddaję się po dziś dzień, ale i ilości doświadczeń, wydarzeń, które mnie spotkały. Ostatnim latom zawdzięczam ogromny spokój, który odczuwam obecnie, nawet, jeśli na ten czas dzieje się w moim życiu więcej, aniżeli kiedykolwiek…

Skąd ten spokój, zapytacie?

Dzisiaj będąc w mojej ulubionej restauracji „niby” przypadkiem przeczytałam parę słów w książce na temat powiązania psychiki z ciałem. Temat już zapewne dla Was nudny, bo stale przeze mnie poruszany, ale aż prawie klasnęłam w dłonie uświadamiając sobie, że jestem przecież tego „żywym przykładem”. Przede wszystkim jestem stale świadoma swojej wolnej woli i umiejętności kształtowania tego, co w około, i we mnie.

Lubię miejsca „z klimatem”. Te, w których mogę oddać się lekturze lub ew. rozglądać się z podekscytowaniem po ścianach. Nie lubię marnowania czasu. Dla mnie wszystko musi mieć miejsce, wymiar, i sens.

O czym doskonale wiecie, od zawsze „pracowałam” z energią. Wybierałam swoje własne sposoby na życie. Kontakt z naturą był tym, czego potrzebowałam najbardziej, i tym za czym stale tęsknię.

Na ten czas zastępuję go stałymi wyjazdami, kupnem kwiatów oraz ziół do mieszkania, kontaktem z moim Maleństwem, i innymi drobiazgami. Tylko natura, kontakt z nią jak i z tym co pozytywne, pozwala „naładować akumulator”. Jak zapewne wiecie, dla nas, „energetycznych osób”, jest to powyższe wręcz koniecznością, bo jak w innym przypadku mielibyśmy Wam skutecznie pomagać?

Wtrącając: chciałam się podzielić się z Wami przepisem na mieszankę antynowotworową, który otrzymałam od wspaniałych sąsiadów. Napar można pić profilaktycznie, bo poprawia wyniki krwi oraz nastrój jak i dodaje chęci do życia. Przetestowałam i w pełni potwierdzam. W jej skład wchodzi: pokrzywa, nagietek oraz krwawnik (dodałabym jeszcze czarną hubę). Zioła połączyć ze sobą w tej samej ilości wagowej. Skutkiem ubocznym może być wysypka, ponieważ pokrzywa ma właściwości czyszczące krew. W razie potrzeby, mogę przygotować taką mieszankę.

O energii mogłabym pisać wiele, chociaż praktycznie stale jej doświadczam obok siebie. Często są to dość humorystyczne sytuacje „z przedmiotami w tle”, aczkolwiek bliscy jak i stali Klienci, myślę, że już do tego przywykli… Bywa jednak dość zabawnie, kiedy kabina prysznicowa, czy słoik staje się nagle „przedmiotem posłusznym”. Bywa też, że moja energia, świadomie, a często nieświadomie „przerzucana” na przedmioty oraz ludzi zaskakuje.

Mój spokój i uśmiech pochodzą z wewnątrz. Nie są żadną zapowiedzią gorszego, a stale lepszego. Stale też odczuwam to lepsze i każdy krok stawiam coraz bardziej świadomie.

Jeśli żywo obserwujecie moją stronę, to zapewne zauważyliście, że dodałam do Cennika opcję wizji, ale nie jasnowidzącej, która jest od dość dawna, ale też coś takiego co się nazywa wizjonerstwem.

Tak – i tutaj odpowiadam na pytanie osoby zaciekawionej – potrafię zobaczyć i diagnozować aurę.

Kolejny raz nieśmiale podchodzę do moich rzadkich umiejętności, które spotkały się z wielkim zaciekawieniem, zapytaniami, stąd zostają ze mną już na stałe. Tak na ten czas sądzę.

Sposób otrzymywania wizji, tak jak i inne metody pracy są (jak zawsze zaznaczam) nie wyrazem mojej pychy, czy złośliwości, co wyrazem mojej tajemnicy zawodowej. Jeśli komuś to nie odpowiada, moi drodzy Czytelnicy, to przecież nikt Was do niczego nie zmusza. Zawsze możecie pójść dalej…

Wszyscy jesteśmy istotami wolnymi, mamy prawo wyboru.

Często przyrównuję siebie do kotki, która ma „swoje ścieżki i miejsca”, i sądzę, że tak najtrafniej można by określić moją osobowość. Zapewne jestem ogromnym indywiduum i piszę to nie z racji braku skromności, ale prędzej umiejętności oceny samej siebie.

Prawdą jest też, że mam coraz mniej czasu na tą właśnie pracę. Pracę karcianą (stąd też pojawił się asystent, który tylko informuje, robi dla mnie zapisy – którego jednak przez brak dostępu bezpośredniego do mnie… nie polubiliście). Spotyka się to często z Waszymi pretensjami, aczkolwiek musicie mi wybaczyć, a może raczej zrozumieć, że jak każdy człowiek mam prawo do szczęścia i wyborów. A dla mnie szczęściem jest móc decydować o samej sobie i żyć swoim życiem, co często też wiąże się z bezpardonowym odmawianiem współpracy, odwracaniem się na pięcie, zostawianiem tych, którzy nie rozumieją, są „czarni”, mówieniem „nie” lub „stop”.

Skąd zatem spokój, zastanawiacie się?

Od dawna przeżywam wielkie pogodzenie. Wielkie pogodzenie z tym co jest, z tym co być musi, z tym co mogę zrobić, i z tym czego nie da się zmienić.

Wspomóż…

niedziela, Lipiec 6th, 2014

Długo myślałam nad tytułem dzisiejszego krótkiego felietonu, ale uznałam, że taki tytuł będzie najbardziej właściwy. Nie będę dzisiaj pisała o pomocy wprost, ale wspomaganiu, które często jest umniejszane, traktowane niczym coś mało znaczącego. Jako coś znikomej wartości.

Do napisania felietonu zainspirowało mnie dzisiejsze wydarzenie. Mianowicie, pomogłam złapać Pani z Fundacji „Szara Przystań”, słodkiego, czarnego kotka. Kotek pomieszkiwał sobie w piwnicy, przy ulicy, koło sklepu „Żabka”. Na szczęście, oswojony ludzką dobrą energią –  pozwolił sobie pomóc.

Kotek został nazwany jednak „po mojemu”, wabi się Batman.

I tutaj moje słowa, moja prośba do Was, drodzy Czytelnicy: jeśli jesteście w stanie pomóc Fundacji „Szara Przystań”, proszę, zróbcie to. Ogłoszenie o kotku, który szuka dobrego domu, znajdzie się niedługo na stronie Fundacji, na www.facebook.com. Praktycznie to samo tyczy się „Stowarzyszenia Pomocy Królikom”, które dzielnie reklamuję już od dłuższego okresu czasu.

Puchate serduszka czekają na pomoc.

Nie zwracam się koniecznie z prośbą o wpłatę pieniędzy na konto Fundacji, równie dobrze może być to jedzenie, leki, cokolwiek. Zwierzęta chorują tak jak my, ludzie. Oczywiście ich leczenie wygląda inaczej, zdecydowanie delikatniej, ale to żywe istoty – też cierpią. Wiem, jestem w pełni świadoma tego, że jest to „kropla w morzu” pomocy, jakiej oczekują od nas inni, ale w moim mniemaniu, lepiej wykonać krok do przodu, aniżeli tylko ku sobie, lub do tyłu…

Swego czasu stale wystawiałam charytatywne aukcje „allegro” dla osób chorych, na poczet Fundacji, zwierząt. Cieszyły się ogromną popularnością, wręcz znikały w mgnieniu oka, ale jak się okazało, były niezgodne z Regulaminem serwisu, stąd też zaprzestałam wystawiania takich aukcji. Wielka szkoda. Jednak dzięki Uczestniczącym w nich, zebrała się naprawdę spora suma. Zebrało się sporo pomocy dla Potrzebujących, za którą szczerze dziękujemy.

Bywają ludzie bogaci materialne, ale niezwykle ubodzy duchowo…

Obecne czasy sprawiają, że coraz częściej nachylam się po pierwsze w stronę zwierząt, a nie ludzi. Znajduję w nich więcej „dobrego”, co nie jest tylko moją smutną refleksją.

Uważam jednak, że dawanie nie sprawia, że biedniejmy, a stajemy się właśnie bogatsi. Nasze serce rośnie, a przynajmniej powinno, a my sami wzbogacamy siebie o dobre wrażenia, pozytywne uczucia. Zatem, jednak stajemy się bogatsi. Pełniejsi.

Często „podłączam” się pod różne akcje społeczne, publiczne, charytatywne. Wspomagam finansowo. Osobiście jednak faworyzuję koty – chyba głównie za ich „miękkość”, indywidualizm, urok, i króliki właściwie za to samo. Natomiast w życiu zawodowym faworyzuję zdrowie – zapewne z racji osobistych doświadczeń, i jednak stałej walki o zdrowie… Tak to już jest, że często nie cenimy czegoś do momentu utraty, ani też nie doceniamy właściwie w momencie posiadania.

Często też wydaje nam się, że nasz gest, słowo, czy drobny podarunek – nie znaczy nic. Nie jest to prawdą. Zresztą, słusznym przykładem są słowa „kocham Cię”, które zmieniają przecież tak wiele. Często… wręcz wszystko. Zatem, ponawiam to, o czym częstokroć, nawet do znudzenia wspominam – czyńcie drobne gesty, cieszcie się każdym drobiazgiem, doceniajcie cudze starania. Jakkolwiek wyglądają i w jakiejkolwiek zostały przekazane, ale gdy są prawdziwe, to mają taką samą wartość.

Życie naprawdę jest bankietem, na którym większość umiera z głodu.